Historia mojego powołania wiąże się z moim nawróceniem, którego doświadczyłam pod koniec moich studiów. Jezus szczególnie dotknął mnie podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie i od tego czasu wszystko inne przestało mieć dla mnie znaczenie. Coraz częściej pojawiałam się w kościele, czułam silną tęsknotę za Bogiem, zaczęłam codziennie uczestniczyć we Mszy św. jakbym chciała nadrobić stracone lata. W parafii w której mieszkałam poznałam siostry i zaczęłam zastanawiać się czy to nie droga dla mnie. Jednocześnie przyjaciele skutecznie przekonywali mnie, że to co czuje jest typowe dla świeżo nawróconych i powinnam przystopować. Z drugiej strony właśnie kończyłam studia, miałam duże doświadczenie zawodowe i dobrą pracę w której się realizowałam. Na mojej drodze pojawił się również ktoś wyjątkowy, o kim myślałam, że to właśnie z nim mogłabym spędzić resztę mojego życia. 

To wszystko sprawiało, że myśl o zakonie wydawała mi się zupełnie pozbawiona sensu, uciekałam od tego, starałam się skupić na innych aspektach mojego życia. Chociaż uciekałam od samego pomysłu, to coraz bardziej lgnęłam do Boga. Bardzo lubiłam jeździć do kościoła na Woli pw. św. Józefa gdzie przez całą dobę każdego dnia wystawiony jest Pan Jezus. Czasem docierałam tam o naprawdę dziwnych porach. Wszystkie pytania, wątpliwości, ale też żale i bunty przynosiłam przed Najświętszy Sakrament. Zaczęłam też jeździć do Kazimierza Dolnego na rekolekcje dla dziewcząt, które organizowały siostry Betanki chociaż mówiłam sobie, że to tylko rekolekcje, na które może przyjechać każdy, nie tylko te dziewczyny, które rozeznają swoje powołanie. Kiedy pierwszy raz tam pojechałam poczułam się jak w domu, czułam że tam jest moje miejsce i zawsze ciężko było mi wyjeżdżać. Toczyłam wewnętrzną walkę, moje życie wydawało się stabilne, normalne. Dlaczego więc Pan Jezus chciałby żebym to wszystko odrzuciła? Po co miałby mi to wszystko najpierw dawać a potem zabierać? 

Zastanawiałam się czy nie wyjechać za granicę i zacząć wszystko od nowa. Wtedy podczas jednej Mszy św. bardzo uderzyły mnie słowa psalmu 139: „Gdzież się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twego oblicza? Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki, zamieszkał na krańcu morza: tam również Twa ręka będzie mnie wiodła i podtrzyma mnie Twoja prawica (Ps 139, 7.9-10). Zrozumiałam, że Jezus oczekuje ode mnie konkretnej decyzji, muszę coś wybrać, inaczej nie zaznam spokoju. Czy mogę komuś kto tak bardzo mnie kocha powiedzieć „nie”? A drugie pytanie czy jest we mnie wystarczająco siły żeby powiedzieć mu „tak”? Ostatecznie zdecydowałam się na życie zakonne i po 3 latach nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Oczywiście zdarzały się trudności, zwątpienia, kryzysy, ale to moje pierwsze „tak” zawsze mnie niosło. Droga życia konsekrowanego nie jest lepsza niż życie w małżeństwie, ale odkryłam, że to właśnie jest moja droga i to na niej odnajdę pełnie szczęścia. Najważniejsze to odkryć to co Pan Bóg przygotował dla mnie, bo On chce dla nas jak najlepiej i przyjąć to całym sercem.

s. Franciszka